Wielki powrót krakowskich spotkań z kimonem! 26.04.2015

Dlaczego wielki? Bo mieliśmy sporą przerwę. Bo stawiliśmy się licznie. Bo wszyscy wyglądali pięknie. Bo stworzyliśmy zgraną grupę. I najważniejsze: bo było tak, jak być powinno, czyli świetnie się bawiliśmy, a wszyscy wrócili do domu z uśmiechem na ustach!

Już na wstępie bardzo serdecznie dziękuję tym wszystkim, którzy dotarli na spotkanie – to właśnie dzięki Wam mieliśmy taką a nie inną atmosferę. Mam nadzieję, że będzie nam ona towarzyszyła też na kolejnych spotkaniach… Ale po kolei! : )

Dzień zapowiadał się dla mnie bardzo ciężko z powodu samopoczucia. Dzięki niebiosom, że nad swoim zestawem do kimona na ten dzień zaczęłam głowić się ponad tydzień przed spotkaniem (w końcu do pierwsze spotkanie od tak dawna!) i w niedzielę rano miałam wszystko gotowe. O moim porannym braku przytomności niech świadczy, że jak zadzwoniła do mnie Rina (uczestniczka z Warszawy), to kompletnie nie mogłam załapać, kto dzwoni, pomimo że się przedstawiła na samym początku. Reszta dnia jednak była jednym wielkim dowodem na to, że pozytywna energia się udziela i daje mnóstwo siły…

11179770_1066323900049188_362419365_o

Okazja nieherbaciana, to i zestaw „z charakterem”. ; ) Do jaskrawego kimona z kwiatami wiśni na gałęziach a dorzuciłam detale w odcieniach pomarańczy: kimonową „broszkę” obidome w kształcie 2 kotów i obiage związane w kokardkę. Zdjęcie: Olga Jench.

 

Pomimo (o dziwo!) przybycia na czas na zbiórkę osób, które chciały się ubrać na miejscu i sporego zapasu czasu, rozpoczęliśmy z pół godzinnym opóźnieniem. W planach miałam bowiem ubranie 3 osób w kimono, a okazało się, że z 3 kolejnymi musieliśmy się źle zrozumieć, bo ostatecznie ubrałam… 6! Dobrze, że w sali mieliśmy klimatyzację, a wśród moich towarzyszek była dobra duszyczka biegająca po wodę do picia (dzięki Olga!), bo przy 4. osobie jakiś taki upał się zrobił niemiłosierny. ; ) Cóż, ubieranie innych wymaga siły i czasu, ale przyglądanie się później, jaką mają z tego radość, to dla mnie olbrzymia frajda. Było warto i cieszę się z każdej z tych osób! : )

Na fazie ubierania się przez chwilę zatrzymam, bo i tam się nie obyło bez przygód. Dzięki uprzejmości Muzeum Manggha, zebraliśmy się w Szkole Języka Japońskiego i zawładnęliśmy jedną z sal oraz porządnym lustrem, w którym można się było przejrzeć od stóp do głów. : ) Mimo wszystko Pauli udało się ubrać odwrotnie (prawa poła kimona na lewą – tak się ubiera nieboszczyków). Tych, których to dziwi, zapewniam, że każdemu kiedyś musi się to zdarzyć… na szczęście udało się to wyłapać na tyle wcześnie, że wystarczyło czasu na podmianę. : ) Największa przygoda spotkała chyba jednak Justynę, która w połowie ubierania się zorientowała się, że zapomniała… kimona! Wszystkim nam chyba kolana się ugięły – 3 godziny jazdy Rzeszowa do Krakowa! Od razu przypomniało mi się, jaki kiedyś w Japonii przygotowywaliśmy spotkanie herbaciane na 1500 osób, a ja tuż przed rozpoczęciem zauważyłam, że nie mam obiage… Wiecie, jakie fajne obiage można zmajstrować z furoshiki? ; )… Wracając do tematu: na szczęście mój mąż dowiózł z domu kimono i juban do niego. Nie było to niestety furisode, które Justyna sobie zaplanowała, ale wyglądała ślicznie. A na ujrzenie tego zapomnianego kimona czekam z niecierpliwością. : ) Największą furorę natomiast zrobiły chyba kiri-e w wykonaniu niesamowitej Riny Papadopulu, która nie tylko przywiozła towarzyszkę z Japonii, mnóstwo kimonowych skarbów, pyszności (w tym własnoręcznie zrobiony shiroan w różowych barwach kwitnących wiśni), ale i pozwoliła każdemu wybrać dla siebie piękną ręcznie wykonaną wycinankę kiri-e, z której powstanie zakładka do książki! Jeśli ktoś nie miał okazji zobaczyć kiri-e zachęcam do wygooglania tej niezwykłej sztuki i wzięcia udziału w warsztatach Riny (tutaj link do jej facebooka)!

Wawel na zdjęciu też być musi!

Wawel na zdjęciu też być musi!

Aparaty poszły w ruch!

Aparaty poszły w ruch!

Gdy w końcu w komplecie zebraliśmy się w holu głównym, okazało się, że do naszej grupki dołączy jeszcze Beata, powracająca na kimonowe spotkania po przerwie – już jako szczęśliwa mama. To niesamowite, jak bardzo łączy wspólne włóczenie się w kimonach. Miałam wrażenie, że wraca do mnie przyjaciółka z lat dziecięcych! : ) Po serii zdjęć dziewczęta poszły z kocami na wiślane bulwary wiślane w poszukiwaniu miejsca na piknik, a ja z mężem dołączyliśmy do nich po chwili, z czajnikiem gorącej wody i wydrukowanymi zdjęciami grupowymi.

Bulwary wiślane i dwa kocyki po brzegi wypełnione dziewczętami w kimonach.

Bulwary wiślane i dwa kocyki po brzegi wypełnione dziewczętami w kimonach.

Nikt więcej na kocyku się nie zmieści... ; )

Nikt więcej na kocyku się nie zmieści… ; )

To chyba jedyne zdjęcie, na którym jesteśmy naprawdę wszystkie.

To chyba jedyne zdjęcie, na którym jesteśmy naprawdę wszystkie.

No i nadeszła pora na herbatę! Rozpakowaliśmy przygotowane wcześniej chabako (piknikowy zestaw do ceremonii herbacianej), rozłożyliśmy słodkości od Riny i od Akiko (pyszne słodycze wprost z Kagoshimy – Getanha Kagoshima Wagashi!) i częstowaliśmy się herbatą.

Różowe wiosenne wagashi domowej roboty. Dzięki Rina! : )

Różowe wiosenne wagashi domowej roboty. Dzięki Rina! : )

Getanha Kagoshima Wagashi. Mniam! ありがとう!

Getanha Kagoshima Wagashi. Mniam! ありがとう!

Przyznam, że byłam nieco zaniepokojona o swoich gości, ich nogi i humory, gdy myślałam o czasie, jaki potrzeba do zaparzenia 10 herbat, ale już po chwili okazało się, że wszystkim udzielił się piknikowy nastrój związany z chabako i scenerią, nie brakowało więc uśmiechów i rozmów. Bardzo miłym akcentem dla mnie była możliwość napicia się herbaty razem ze wszystkimi dzięki Oldze, która w pewnym momencie odważnie przejęła rolę gospodarza. Jej pierwsze chabako pozostanie ze mną na długo w pamięci. : )

I na chabako jakoś miejsce na kocyku się znalazło. ; )

I na chabako jakoś miejsce na kocyku się znalazło. ; )

Pierwsza czarka herbaty przypadła gościowi prosto z Japonii.

Pierwsza czarka herbaty przypadła gościowi prosto z Japonii.

Zamiana miejsc - Olga rusza do akcji.

Zamiana miejsc – Olga rusza do akcji.

Oto żywy przykład tego, ile radości przynosi parzenie herbaty. ; )

Oto żywy przykład tego, ile radości przynosi parzenie herbaty. ; )

Nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo ze względu na kimona liczyliśmy wszyscy na dobrą pogodę. Prognozy straszyły nas niemiłosiernie przelotami, ale tak naprawdę zachmurzyło się dopiero na szczęście, gdy skończyliśmy piknik i zastanawialiśmy się, co dalej – Cafe Manggha, czy spacer na Rynek Główny. Prawie wszyscy jednogłośnie patrząc w niebo uznali, że możemy zjeść coś na miejscu – w muzealnej kawiarni. Przestawiliśmy więc stoliki i całą zgrają zasiedliśmy do stołu na pogaduchy i łasuchowanie. : )

DSC_0409

Zdjęcie grupowe – drugie podejście. ; ) Tym razem bez Ani, za to z Beatą.

Czekając na zamówienie czasu nie marnowałyśmy. ; )

Czekając na zamówienie czasu nie marnowałyśmy. ; )

I zdjęcia, które zawsze się znajdą, a na których wielu być nie lubi...

I zdjęcia, które zawsze się znajdą, a na których wielu być nie lubi…

...czyli podczas jedzenia. ; )

…czyli podczas jedzenia. ; )

Żółte i pomarańczowe kimono dobrane celowo - Olga i Antonia, polsko-włoska przyjaźń. : )

Żółte i pomarańczowe kimono dobrane celowo – Olga i Antonia, polsko-włoska przyjaźń. : )

Najbardziej oficjalny punkt został na koniec programu – wybranie nazwy naszych spotkań. Od początku inspirowane są one spotkaniami Kimono de Jack, które rozpoczęło w Kioto 11 pasjonatów kimon. Nie chcąc nadużywać jednak tej nazwy bez zgody pomysłodawców z Japonii, a chcąc jednocześnie nawiązać do źródeł tego typu spotkań, zdecydowaliśmy się niemal jednogłośnie nasze krakowskie spotkania z kimonem nazwać Kimono de Krak! Od razu zaznaczam jednak, że chodzi po prostu o to, że odbywają się w Krakowie – zapraszamy więc każdego chętnego. Za pomysł serdecznie dziękuję Magdzie Dębowskiej, która choć do nas nie dotarła, zaproponowała go na facebookowej stronie wydarzenia. Magda, mam nadzieję, że dołączysz do nas na następnym letnim spotkaniu – yukata będzie na Ciebie czekać. : )

No aż tyle to nas nie było. Ale wszystko przed nami. Na razie wystarczy nam magia lustra. ; ) Zdjęcie: Olga Jench.

No aż tyle to nas nie było. Ale wszystko przed nami. Na razie wystarczy nam magia lustra. ; ) Zdjęcie: Olga Jench.

Nas tym razem było 11 pań w kimonach i 4 towarzyszy (w tym 2 mężów), a wśród pań: Greczynka, Japonka, Włoszka i Polki. Można było usłyszeć polski, japoński, angielski i niemiecki. A wszyscy w bardzo różnym wieku! Z niecierpliwością czekamy także na panów w kimonach… Może następnym razem? Teraz byle do czerwca – by spotkać ponownie te (i inne) roześmiane twarze w kimonach. : )

I na koniec zdjęcie, które stało się już chyba małą tradycją naszych spotkań. : ) Zdjęcie: Olga Jench.

I na koniec zdjęcie, które stało się już chyba małą tradycją naszych spotkań. : ) Zdjęcie: Olga Jench.

Dziękuję Wam wszystkim raz jeszcze i do zobaczenia!!!

A deszcz tego dnia jednak padał. Zaczął dokładnie, gdy rozjeżdżaliśmy się do domów…